Wywiad

Igor Spolski: Od miejskiego folku po Happy Village Orchestra

By 16 czerwca 2019 No Comments

Nie wyjechałbym do Himalajów, gdyby nie warszawski folk i ogniska nad Wisłą.

Jerzy Chodorek: Jak brzmi Warszawa?

Igor Spolski: Kojarzy mi się z dźwiękami Bulwarów. Żyjemy w mieście, które zawsze miało niedopowiedziane centrum. Nie wiadomo, czy jest to odbudowana Starówka, Powiśle, Rotunda. Wojna i brak spójnej myśli architektonicznej to spowodowały. A Bulwary, to dźwięk dziesiątek tysięcy ludzi – siedzących w pokojowej atmosferze, pijących piwko, słuchających muzy.

Jakie to są jeszcze dźwięki ?

Pociągi na Moście Świętokrzyskim. Uwielbiam ten obrazek nocą – plamę światła z jazgotem sunącą po torach. Może dlatego, że jestem dzieckiem kolejarzy. Moja mama przepracowała na kolei całe życie. Takie wspomnienia mam z dzieciństwa – rówieśnicy jeździli na kolonie, a mama dostawała z przydziału wagon, który zawoził nas nad morze. Potem był odczepiany i mogliśmy mieszkać na bocznicy.

Czyli bulwary i pociągi jeżdżące po torach.

Wychowywałem się w kamienicy na Odolanach – razem z innymi rodzinami kolejowymi. Kojarzy mi się to z zapachem smaru, torowiskami, górką rozrządową, po której przesuwają się wolno pojedyncze wagony. Mocno oniryczny i psychodeliczny krajobraz. Dlatego lubię tory.

A jakiś charakterystyczny element stolicy?

Tramwaje. Uwielbiam ten zgiełk wewnątrz wagonu, ludzi, którzy tam jadą. Charakterystyczny jest też kontrast pomiędzy lewym i prawym brzegiem Warszawy.

Na czym polega ta różnica?

Po jednej stronie ludzie biegają w słuchawkach, tańczą do silent disco, siedzą na bulwarach. A na drugim brzegu jest po prostu wieś – rozpalone ogniska, prawdziwe instrumenty, wysokie drzewa, szuwary. To jest odjazd. Całkowicie utożsamiam się z tą dziką stroną Warszawy, gdzie rośnie las łęgowy i można rozpalić ogień. Często tam robimy takie ustawki, zapraszamy muzyków, ludzi z różnych środowisk i jamujemy.

Ten kontrast – pomiędzy lewą i prawą stroną Warszawy – nadal silnie oddziałuje?

Miasto się rozrasta, wchłania kolejne przysiółki, które stają się częścią Warszawy. Praga Północ nie jest tym samym miejscem, co piętnaście lat temu. Wtedy nikt się tam nie zapuszczał, bo dzielnica miała złą sławę. A teraz wystarczy spojrzeć na Ząbkowską – knajpy, drzewa, turyści. Non stop maszerują grupy Hiszpanów, Włochów, Japończyków. Turyści spacerują nad Wisłą i robią zdjęcia.

Pozostając w warstwie dźwiękowej, ale zmieniając szerokość geograficzną. Z czym kojarzy ci się sonosfera Azji – w tym brzmienie ulic Katmandu w Nepalu?

Prawa strona Warszawy przypomina mi w pewnym stopniu Nepal. W Katmandu można rozpalić ognisko na ulicy, ludzie w taki sposób utylizują śmieci. I to mnie fascynuje – odnalazłem w tych punktach geograficznych pewne połączenie. Chociaż to jest całkowicie inna skala jazgotu, hałasu, zgiełku. Tam dźwięk jest przytłaczający. Dochodzi do tego ogromne skażenie powietrza. Podczas monsunu – kiedy jest tam duża wilgotność – powietrze jest lepkie, ciężkie. Dlatego w Nepalu uciekam na prowincje. Tam są odjechane dźwięki. W subtropikalnej dżungli owady produkują hałas równoznaczny z piłami tarczowymi. Oprócz tego wszędzie pokrzykiwania małp, dużo cykad i dzikich zwierząt.

Fot. Prywatne archiwum Igora Spolskiego

Zanim tam przejdziemy pozostańmy na moment w Warszawie. Jesteś uznawany za prekursora warszawskiego folku miejskiego. Co to znaczy?

Moi znajomi, którzy studiują rzeźbę, spotykają się nad Wisłą i ćwiczą capoierę. Nauczyli się grać na berimbałach, bębnach i wprowadzają się w swój trans. To jest miejski folk – prawdziwa muza, improwizowana w przestrzeni miasta. Pablopavo mieści się też w tych rejonach. Być może Janek Młynarski i Warszawska Orkiestra Sentymentalna też. To mi się kojarzy z folkiem – nawiązywanie do przeszłości, korzeni, ale też improwizacja, doświadczanie muzyki.

Czyli opowiadanie o tym, czym żyje miasto.

Albo raczej, jak my żyjemy tym miastem.

Miejski folk ciągle zyskuje na popularności. Na ulicach możemy zaobserwować renesans warszawskiej kultury. Ludzie noszą kaszkiety, tańczą swinga, mówią praską gwarą. Skąd taki powrót?

Myślę, że to pokolenie jest pierwszą generacją, które przestało się wstydzić miejsca swojego pochodzenia. Wcześniej próbowaliśmy być zespołami z Ameryki. A teraz się o tego odchodzi. Wiele osób mówi o tym skąd jest – z Mińska Mazowieckiego, Skierniewic, Warszawy – i robi to z dumą. Rzeczywistość się zmieniła.

Młode pokolenia szukają swojej tożsamości?

Na pewno. Spójrzmy na Warszawę. Dziesięć lat temu na blokowiskach były pizzerie, w których przesiadywali dresiarze. Łatwo można było dostać w zęby. A teraz – na tych samych osiedlach – kawiarnie, czytelnie, wymiana książek. Dużo fajnych rzeczy. Nastąpiła zmiana kontekstu. Do tego też doszła zmiana materialna – możemy sobie pozwolić na więcej. Jesteśmy super fajnym krajem, do którego warto przyjechać i pracować.

Odważne to i nie popularne stwierdzenie.

Być może. Ale jestem tutaj szczęśliwy. Rozejrzyj się dookoła [przyp. pokazuje na brzeg Jeziorka Czerniakowskiego] – tutaj naprawdę jest pięknie. Polska jest krajem rozwiniętym. Coraz więcej osób do nas przyjeżdża. Ci śniadolicy chłopcy, którzy jeżdżą na skuterach w Uberze – oni przyjechali do nas właśnie z Nepalu, Bangladeszu, Indii. To są najczęściej ludzie studiujący.

Dekada wszystko zmieniła?

Dziesięć lat wystarczyło, żeby Warszawa zamieniła się w europejskie miasto.

Od 2010 roku podróżujesz po Azji. Co tam znalazłeś?

W tamtym czasie wyczerpałem pomysły na pisanie piosenek o Warszawie. Nie chciałem śpiewać o clubbingu i ulicach mojego miasta. Znajomy powiedział, że zna Polaka, który mieszka w Katmandu i ma tam studio nagraniowe. Stwierdziłem, że to będzie zmiana perspektywy – nowa inspiracja. Ostatecznie jednak to doświadczenie zmieniło moje życie. Miałem trzydzieści trzy lata i po raz pierwszy zobaczyłem kraj trzeciego świata. W Nepalu poczułem się jak u siebie. Lubię chaos, bałagan. Nagrałem płytę i wiedziałem, że tam wrócę.

I ciągle tam wracasz.

Nepal odzwierciedla to, co mam w środku. W głowie często mam gonitwę myśli i bałagan – jak zobaczyłem rzeczywistość, która nie jest ułożona i przewidywalna, poczułem się we właściwym miejscu. Oczywiście mówię tylko o Nepalu – cała Azja jest bardzo zróżnicowana. W tym kraju ludzie mają ciężko, rząd rzuca mieszkańcom kłody pod nogi i ciągle wybuchają zamieszki. Dodatkowo – to jest świat, który przemija. Z jednej strony wchodzi globalizacja, a z drugiej nie ma pieniędzy na konsumpcjonizm, dlatego wszystko jest naprawiane i wielokrotnie używane. To mi przypomina Polskę lat 90. Każdy kombinował, żeby pozostać na powierzchni.

W tym odnalazłeś punkt zaczepienia.

To jest kraj, który w krótkim czasie przeszedł kosmiczną transformację. W latach 50. przywieziono tam pierwszy samochód na lektyce, bo nie było dróg. Król kupił sobie Mercedesa. Pieniądze pojawiły się przez turystykę związaną z Himalajami. Poza tym – muzyka. Tam coverbandy grają Nirvanę, Rolling Stonesów, Beatlesów lepiej, niż oryginalne zespoły. To jest niewiarygodna energia. Dlaczego? Bo rock ‘n’ roll pojawił się w Nepalu w latach 90. I to jest wciąż świeże, szczere, prawdziwe.

A jeżeli chodzi o mentalność. Czego nauczyłeś się od ludzi, których spotykasz w wioskach himalajskich?

Oni są niewyobrażalnie twardzi. Takie geny – w tamtym rejonie nie możesz być niczego pewien.

Góra wielkości Nosalu potrafi zjechać, jak na sankach i pogrzebać żywcem parę tysięcy ludzi. Taki landslide [przyp. osówisko] pochłania wszystko na swojej drodze. To jest obszar o wielkiej aktywności sejsmicznej. W Polsce dowiedzieliśmy się w 2015 roku o dwóch potężnych wstrząsach. Wtedy zginęło blisko 8900 osób. Ale nie słyszeliśmy, że ziemia zatrzęsła się tam aż 2000 razy. W Nepalu nie wiesz, czy za chwilę nie zawali się tobie dach na głowę. To uczy pokory. Dodatkowo – 50 procentowe bezrobocie. Ludzie mimo to żyją, kombinują, mają silną strukturę klanową. Jeżeli ktoś jest inteligentny – to rodzina albo wioska – wysyła go na studia do Europy. Poza tym – Nepalczycy mają pogodę ducha i są bardzo otwarci. Polacy zresztą też są otwarci na innych. Są super – i mówię to bez cienia ironii.

Znowu zaskakujesz.

Głupi i agresywni ludzie są wszędzie. To nie zależy od miejsca pochodzenia.

Ostatecznie – po latach podróżowania po Azji – założyłeś projekt Happy Village Orchestra. Opowiedz o tym.

Myślę, że gdyby nie Wisła, miejski folk, ogniska na plaży, to nigdy bym tego nie zrobił. W zeszłym roku w Nepalu miałem epifanię. Zawsze jeździłem tam sam, albo z dziewczyną. Ale w pewnym momencie poczułem się po prostu źle.

Dlaczego?

„Happines is nothing if not shared” – przeżywałem tam cudowne rzeczy, ale sam. W pewnym momencie chciałem podzielić się tym doświadczeniem. Poznałem muzyków w różnych częściach świata i zaprosiłem ich do Nepalu. Ale wszystko zaczęło się o idei, w której uświadomiłem sobie, że żyję w uprzywilejowanej części świata i chcę zrobić coś dla tych ludzi.

Czyli na początku zaczynałeś bez zespołu.

Tak, po prostu stwierdziłem, że zrobię w Nepalu objazdowe kino dla dzieci. Poznałem paru freeqów, którzy tak żyją. Na przykład Bruno Cappagli – facet, który prowadzi we Włoszech najlepszy teatr na świecie – La Baracca. Od 30 lat jeździ do Afryki i gra to samo przedstawienie w najbiedniejszych wioskach. Albo polski podróżnik – Robb Maciąg – wyświetla kreskówki w Himalajach. Stwierdziłem, że chciałbym być jednym z takich ziomów i ruszyłem w drogę z kinem. Zrobiłem chyba 20 pokazów na Filipinach, w Laosie i Tajlandii.

A jak to wyglądało od technicznej strony?

Jeździłem na motorze i miałem mini projektor zasilany baterią od wiertarki, który skonstruował mi kolega, żeby dojeżdżać do wiosek, w których nie ma prądu. Ze sobą miałem szmatę, którą kupiłem w Wietnamie na pchlim targu. Rozstawiałem to i wyświetlałem filmy. Czasem na totalnego partyzanta podjeżdżałem pod szkołę, trąbiłem, a dzieciaki wybiegały z budynku. Proste.

A później wpadłeś na pomysł, żeby to rozwinąć i skompletować zespół.

Tak – stwierdziłem, że zbiorę muzyków i pojadę do tych wiosek himalajskich bez zapowiedzi. My – możemy do nich dojechać bez większych problemów. A oni nawet nie mogą dostać wiz, zarabiają dolara dziennie.

Jak skład udało wam się zebrać i jakie mieliście instrumenty?

Ud, mandolina, flet basuri, gitara akustyczna, ukulele, kahon i perkusionalia. Łącznie – 9 osób z całego świata. W tym z Holandii, Izraela i Polski.

I kto przychodził na wasze koncerty?

Najpierw przychodzą dzieci, bo są otwarte i najbardziej ciekawe. A później zaczynają przychodzić dorośli. Potem ślepi, chromi, głusi. Tak formuje się tłum. Ludzie mogą się do nas dołączyć – wziąć do ręki marakasy, perkusjonalia. I w ten sposób gramy muzykę i improwizujemy. Wykorzystujemy tylko akustyczne brzmienia. Poza tym nie żerujemy na tych ludziach – płacimy za nocleg i dzielimy i się tym, co mamy w sercu. Dla mnie potężną inspiracją są Cyganie. I nie mówię tego, żeby kogokolwiek obrazić. Cyganie kojarzą mi się z taborem, który jeździ od wioski do wioski i gra muzykę, robi widowisko. O to nam właśnie chodzi.

Fot. Prywatne archiwum Igora Spolskiego

Nagraliście podczas swojej podróży płytę.

Żeby nagrać fajny album, trzeba zwolnić. We współczesnym świecie otacza nas mnóstwo bodźców, wszyscy pędzą na złamanie karku. Wymarzona sytuacja jest, gdy muzycy się wyluzują, są w wakacyjnym kontekście i grają dla zwykłej przyjemności. Wtedy bardzo szybko rodzi się materiał. Nam wystarczyły dwa tygodnie. Wynajęliśmy opuszczony dom i urządziliśmy tam przenośne studio.

Zbliża się lipiec. To oznacza, że projekt Happy Village Orchestra rusza ponownie w podróż.

Moją ideą jest, aby stworzyć społeczność ludzi. To nie jest stały zespół. Nikt nie ma tutaj relacji biznesowej. To jest po prostu wspólna zajawa i pasja. Nie każdy też ma na to czas.. W tym roku prawie nikt nie mógł jechać z zeszłego składu. Ludzie mają prace, rodziny, festiwale. To utrudnia wyjazd. A żeby pozwolić sobie na dwa miesiące podróży, należy mieć odpowiednie warunki.

Dlatego skompletowałem online zespół złożony z czterech Nepalczyków. Pewnie też dołączą do nas travellersi. Chciałbym, żeby ten zespół składał się z lokalnej społeczności i przyjezdnych. W ten sposób łączymy nepalskie instrumentarium, ich ducha i europejskie poczucie rytmu oraz melodyki. Poza tym w Nepalu są świetni muzycy. Nie chciałbym pokazywać, że ludzie żyją tam w górach jak krasnoludki i cieszą się przy ognisku do naszej muzyki. Zależy mi na tym, żeby to była wspólnota.

Żeby nie wchodzić w narrację neokolonizatorską.

Nepal też ma nowoczesne kurorty, kluby, lokale. Zamierzamy w takich miejscach grać, żeby pokazać, że nasze wyobrażenie o Azji są często błędne z autentycznym stanem rzeczy. Nie chciałbym stwarzać jednolitego obrazu o neokolonialnych konotacjach: my – bogata Europa, oni – biedna Azja. To jest bardzo bogata i głęboka kultura.

Od warszawskiego folku, podróży po Polsce – po Nepal i Himalaje. Co wyniosłeś z tych podróży? Zarówno z tych geograficznych, jak i wewnętrznych i muzycznych.

Mamy bardzo wiele. Żyjemy w uprzywilejowanej części świata. Tego nauczyła mnie pierwsza podróż do Azji. To pozwoliło mi wyjść poza utarte schematy myślowe. Zadałem sobie sprawę, że mam dach nad głową i jedzenie. I to jest luksus. Większość ludzi na świecie tego nie ma. Poza tym – najlepiej w życiu robić to, co sprawia przyjemność i może służyć innym ludziom. Wierzę, że Happy Village Orchestra jest właśnie taką rzeczą. Chciałbym to robić na pełen etat.


Projekt “Happy Village Orchestra” można wesprzeć. Więcej szczegółów – tutaj.


Igor Spolski: Tekściarz, kompozytor, multi-instrumentalista, podróżnik, współpracował z zespołami PŁYNY, LEONOFF. W latach 2010-2016 podróżował po Azji. Ponadto pracuje z Teatrami: Studio, Syrena, Warsawy, Teatr Małego Widza. tworzy i współpracuje dla zespołów Momo i Dorośli. Pomysłodawca projektu “Happy Village Orchestra”.