Umawiamy się w Kici Koci. Lokal prowadzi Cezary Polak, wspólny znajomy – dziennikarz i znawca historii Grochowa. Możemy przyjść dwie godziny przed oficjalnym otwarciem, do dyspozycji będzie pusta sala.
Ładna pogoda, pierwszy wiosenny dzień w roku. Pablo zapala papierosa. Przed wejściem gadamy chwilę o okolicy – o „Grzybkach” – charakterystycznych budynkach po drugiej stronie Alei Stanów Zjednoczonych (wcześniej tam była Kicia Kocia, a piekarnia Grzybki ma swoją nazwę ze względu na kształt tych pawilonów – dowiaduję się).
„W piekarni Rajcherta” – wskazuje na ceglany budynek przy rondzie Wiatraczna – „to jeszcze pamiętam, jak chleb można było kupić. W dziewięćdziesiątym ósmym lub dziewiątym”.
W grochowskiej klubokawiarni siadamy przy muralach z Robertem Brylewskim i Pawłem „Kelnerem” Rozwadowskim.
„Nie założyłbym pierwszego zespołu, gdyby nie Robert i jego składy: Brygada Kryzys, Izrael, Falarek – mówi. – Zawsze mi imponował. Nie gwiazdorzył, a przecież mógł zbierać laury, tak jak inni z jego pokolenia. Ostatni raz widzieliśmy się w Hydrozagadce. Szkoda, że nic nie udało się nic wspólnie zrobić”
Jeszcze chwilę rozmawiamy o muzyce.
Jerzy Chodorek: Na pierwszym koncercie Vavamuffin byłem w 2005 roku.
Paweł „Pablopavo” Sołtys: Żartujesz?! A pamiętasz gdzie?
Jasne – w Stodole.
To już wtedy mieliśmy dużą popularność po wydaniu pierwszej płyty – Vabang!. Wtedy wyprzedawaliśmy Stodołę w jeden dzień. Zresztą każdą inną dowolną salę w Polsce też.
Jak właściwie działało na ciebie wtedy to, że nagle kilkutysięczny tłum śpiewa refreny waszych kawałków, sale są wypełnione po brzegi, a po koncercie stoi długa kolejka fanów po autograf?
Ostatnio dużo o tym myślałem. Na szczęście nie byłem już wtedy taki młody – miałem dwadzieścia siedem lat i kilka zespołów za sobą. Nie groziła mi klasyczna sodówka, jak wtedy, gdy ktoś ma na przykład kilkanaście lat i osiąga sukces – jak to czasem bywa teraz w hip-hopie. Poza tym jeżeli żyłeś kiedykolwiek za te siedem złotych dziennie na fajki i gulasz, to wiesz, że chociaż teraz jest super, to przecież nie zawsze tak być musi.
Oczywiście, to doświadczenie popularności było bardzo miłe. Nikt z nas się tego nie spodziewał. Byłem najmłodszy w ekipie, próbowałem studiować – byłem na czwartym roku. Grając jednak siedemdziesiąt koncertów rocznie, nie miałem na to najmniejszej szansy. Reggaenator był natomiast poważnym panem kierownikiem „sprzątającym wielkie powierzchnie”.

Naprawdę?
Serio. Miał służbowy samochód, dobrą pensję, ale rzucił to, bo całe życie chciał być muzykiem. Stwierdził w pewnym momencie: „W życiu nie chodzi o to, żeby sprzątać wielkie powierzchnie w biurowcach” – i to rzucił. Zawsze mi to imponowało.
A Gorg?
Był już wcześniej popularny jako członek zespołu Transmisja. Chociaż ten skład nigdy nie wyszedł poza Warszawę, to tutaj był legendą, a dla mnie Gorg, można powiedzieć – idolem. Miał akurat dziewczynę na Stegnach, gdzie wtedy mieszkałem. Poznaliśmy się przez wspólne znajomości, wprowadził mnie wtedy do świata muzyki – przez kasety i płyty.
Dużo mu zawdzięczałem, dlatego, gdy wymyśliłem Vavamuffin, najpierw odezwałem się do Reggaenaratora, a potem do Gorga. Gdy był boom na nasz skład, to oni mieli już po trzydzieści pięć lat.
Trudno mi jednak uwierzyć, że zmiana lokalnych imprez soundsystemowych na pełne sale koncertowe, festiwale, imprezy na całym świecie w żaden sposób na was nie wpłynęły.
Jasne, zgoda, przecież nie byliśmy tacy starzy. Czasem nam odwalało, były chwile, że biegaliśmy po hotelu na golasa. A jeden kolega prawie utopił się na plaży w Słowenii, bo zasnął blisko morza. Był w tym wszystkim rock’n’roll. Jednak nigdy nie straciłem kontaktu z rzeczywistością.
Zostałem wychowany myśleniu alternatywnym, niezależnym. Chodzi w nim o to, że jedyna różnica pomiędzy mną a publicznością polega na tym, że gram na gitarce i śpiewam piosenki. W żaden sposób nie jestem od nich lepszy. Zawsze bardzo mnie śmieszył nimb gwiazdora rockowego – to w ogóle nie jest moje. Po koncertach lubię wyjść do ludzi i z nimi gadać. To bardzo zmieniło moje podejście do świata.
Co to znaczy?
Podróżujemy od dużych miast do małych wiosek. I przez to bardziej zrozumiałem Polskę. Bo jeżeli mieszkasz w Warszawie, nie ruszasz się stąd, to nigdy nie poznasz tego kraju. Nieraz do rana siedziałem z ludźmi z Nakła czy Wałbrzycha i gadałem z nimi o życiu. Podczas takich spotkań łatwo odkryć, że to, skąd patrzysz na nasz kraj, ma wielkie znaczenie.
A co właściwie czerpiesz z rozmów?
Interesuje mnie to, co ludzie mają do powiedzenia. Jestem po prostu ciekawski – to jest to słowo. Tę moją cechę wykorzystuję też w pisarstwie. Lubię dowiedzieć się o miejscu, gdzie gramy. Na przykład: jak występujemy w Sulęcinie, to idę na spacer, żeby zobaczyć jak ten Sulęcin wygląda. Bo być może już nigdy tam nie wrócę. A już najlepiej usiąść z ludźmi stamtąd i po prostu pogadać. To lepsze niż jakiekolwiek podręczniki i telewizja.
Jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi, nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem.

To odwrócę teraz pytanie. Z jakimi opiniami o stolicy spotykasz się podczas tych spotkań? Bo oprócz tego, że to Ty poznajesz Polskę, to też dla osób, które tu były raz lub jedynie kilka razy w życiu, jesteś często jedynym oknem na Warszawę.
Myślę, że jestem żywą dobrą reklamą Warszawy (śmiech).
Pokazuję, że tutaj mieszkają nie tylko krawaciarze. Zresztą ci, którzy przychodzą na moje koncerty, nie mogą mieć aż tak negatywnego stosunku do stolicy. Często są ciekawi, pytają: czy ta Warszawa jest taka, jak nam się wydaje, czy są tam same buce, czy też porządni ludzie.
Odpowiadam, że jest pół na pół.
Ale jest coś charakterystycznego – bardzo często kłócą się o cegły.
O cegły, czyli o odbudowę stolicy?
Tak, nawet ostatnio się kłóciłem o to w Sopocie. Pewna pani po koncercie powiedziała mi: „wysłaliśmy wam cegły w 1945 roku”. Odpowiedziałem, że są badania i żadnych cegieł tutaj nikt nam nie wysyłał.
W całej Polsce istnieje taki mit. Mówię zazwyczaj, że jeżeli te wszystkie cegły, o których słyszę, zostałyby przywiezione do stolicy, to byśmy odbudowali cztery miasta. Niby się śmieją, ale do końca nie ufają, mają to gdzieś głęboko zakorzenione.
Dlatego przełamuję różne stereotypy.
Może w tym przełamywaniu stereotypów pomagają też miejsca, którymi zajmujesz się w swojej twórczości – nieco na uboczu miasta, na peryferiach: Grochów, Stegny – mogłyby być równie dobrze małymi miejscowościami. Dlaczego o nich piszesz?
Rzeczywiście lubię takie tereny, nawet pod względem estetycznym, gdzie kończy się miasto i zaczyna coś innego – przedmieścia, które kończą się badylami. To bliskie mi okolice, dorastałem w nich. Co nie znaczy, że nie lubię wielkomiejskości – niedawno łaziłem po Jeżycach, dzielnicy Poznania. Nie mamy w Warszawie tak dobrze zachowanej historycznej okolicy – najbliżej tego jest Praga-Północ, ale to nie to samo.
Jeżyce, Praga-Północ, badyle – to wciąż nie jest mainstream. W jednym z wywiadów wspomniałeś, że to Twój systemowy wybór: „zejście z utartych dróg”. Stwierdziłeś, że lewobrzeżna Warszawa – ta pełna penthouse’ów, celebrytów i sportowych aut – jest już wystarczająco dowartościowana.
W popkulturze – szczególnie kilka lat temu – Warszawa była pełna zamożnych ludzi z własnymi aptekami, Lexusami w garażu, mieszkających w domach o powierzchni stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych. I – oczywiście – to jest jakaś prawda o Warszawie, tylko ile takich osób może być w tym mieście? Trzydzieści tysięcy? No nawet niech ich będzie i pięćdziesiąt tysięcy. A teraz zestaw to sobie z całkowitą liczbą mieszkańców – łącznie z tymi chłopakami z Ukrainy, Indii, Bangladeszu –może być tutaj nawet trzy miliony osób. Dlatego większość ludzi nie doświadcza tego high life’u z seriali.
Od samego początku, gdy zaczynałem robić muzykę i pisać książki, miałem taką myśl, żeby dawać głos tym, którzy tego głosu nie mają. Żeby pokazać zupełnie inną Warszawę. Chociaż, oczywiście, jest to też niebezpieczne, bo można wpaść w przekonanie: „To teraz ja, intelektualista, będę za was mówił”.

Przecież mieszkałeś na Stegnach i na Grochowie. To nie tylko teoria, jesteś stamtąd.
I to mi oczywiście pomagało – nigdy nie mieszkałem w penthousie (śmiech). Nie przyjeżdżałem na Grochów jak turysta, który pokazuje palcem: „o, tutaj w bramie stoją chłopaki”. Po prostu mieszkałem obok nich i ich ich znałem. To byli moi sąsiedzi, znajomi i przyjaciele.
A dlaczego chcesz „oddawać głos tym, którzy go nie mają”?
Takie mam poglądy, mówiąc językiem współczesnej nauki – żeby „dawać platformę tym ludziom”. W końcu w tym wyrosłem – przecież niczym innym był hip-hop w latach dziewięćdziesiątych, a wcześniej punk rock.
Rap umożliwił usłyszenie młodych ludzi z całej Polski, którzy nie przebijali się do mainstreamu. A jeżeli trafiali do telewizji i gazet, to jako bandyci i blokersi siejący postrach.
Hip-hop pokazał, że „chociaż żyjemy na granicy prawa, bo jest bieda, to mamy jednak swój głos”. To była nowa opowieść o całej generacji – całkowicie rewolucyjna, w kontrze do tych sztucznie produkowanych gwiazdeczek w telewizji. Może nie było to najlepsze technicznie, ale w tej muzie była jakaś organiczna prawda. Wystarczy posłuchać wczesnej Molesty albo Pei.
Słuchasz współczesnego rapu?
Rap przestał mnie interesować, gdy zniknął z podwórek i zrezygnował z ulicznych historii. Stracił wtedy swój najważniejszy element, swoje „mięso”. Szukam kawałków, które czerpią z korzeni hip-hopu i pozwalają zachować kontakt ze współczesną ulicą. To naturalne, że mając kilkanaście lat, jest się bliżej tych spraw niż jako czterdziestosiedmiolatek.
Ale w gruncie rzeczy w twojej najnowszej książce, Monolok, dużo jest tej grochowskiej ulicy, chociaż innej niż we wczesnych rapowych kawałkach. Jest tam świat, który znika pod naporem czasu i gentryfikacji.
Tak, pełna zgoda.
Sam jestem z Anina – dzielnicy Wawer, sąsiadującej z Grochowem. Chociaż to proza, to mam wrażenie, że mówisz o żywych ludziach z tej części miasta, ulepionych z tej prawobrzeżnej gliny – którzy bezpowrotnie już zniknęli.
Może nie zniknęli, ale na pewno zmieniły się proste zależności między nimi. Jeżeli mieszkałeś w Aninie – to pewnie miałeś podobnie. Grochów był tak naprawdę małym miasteczkiem w środku dużego miasta.
A gdy ktoś jechał na lewy brzeg miasta, to mówił „jadę do Warszawy”.
Dokładnie. Miałem takiego sąsiada, pamiętam, że go zapytałem: „Panie Waldku, a kiedy był pan po drugiej stronie Wisły”, a on mi na to: „W sześćdziesiątym ósmym”. Dziwię się, a on: „No, nie było potrzeby: tu mam fryzjera, tu mam knajpę, tu mam przyjaciół, tu mam sklepy. To po cholerę mam tam jechać?”. On nie rozumiał w ogóle tego pytania.
(śmiech)
Ci ludzie naprawdę się znali. Nie musieli się kochać, spotykali się, opowiadali sobie historie – to zanika. Grochów ulega przemianie, stare jest zrównywane z ziemią – gentryfikacja, inni ludzie już tutaj mieszkają. A tak było przez parędziesiąt lat, od powojnia – a nawet i wcześniej – że najpierw mieszkali tam dziadkowie, potem rodzice, a potem dzieci. Wszyscy się znali, co miało swoje jasne i ciemne strony.
W pewnym momencie łatwo było dostać tutaj w łeb, jak przyjechało się z innej części miasta. Na Wiatracznej spacer po dwudziestej trzeciej był raczej ryzykowny.
Pamiętam, że „Gazeta Wyborcza” publikowała mapy czarnych punktów w Warszawie. Za najniebezpieczniejszy uchodził róg ulic Dwernickiego i Mycielskiego. Zawsze mnie to dziwiło, bo nigdy nic mi się tam nie przytrafiło. Z drugiej strony – to była moja okolica, więc co mogło mi się stać? Żeby doszło do awantury, ktoś musiałby tam przyjechać na występy gościnne.
Sąsiad sąsiadowi krzywdy nie robił, chyba że były zatargi, bo tutaj też mieszkali poważni bandyci. Ale to już nie był mój świat. Wiedziałem, kto jest złodziejem, ale to nie byli moi bliscy koledzy – tacy poważni gangsterzy, w szczególności w latach dziewięćdziesiątych.
W Monoloku chciałem oddać ducha tej dzielnicy, który znika.

Jak myślisz, dlaczego Grochów tak się zmienia?
Takim symbolem zmian było wyburzenie Universamu Grochów. Przecież nie był stary, bo to budynek z lat siedemdziesiątych – z tym dużym okalającym go bazarkiem był centrum tej części Warszawy.
Tutaj były knajpy, tutaj była elegancka restauracja z dancingiem, Astoria, na dole był bar. Być może właśnie dzięki temu barowi powstał Monolok, bo często przychodziłem tam na kawę czy piwo, spotykałem takich wędrowców grochowskich, którzy siadali, mówili: „małolat posłuchaj” i snuli jakąś opowieść.
Jak siadałem do pisania, to próbowałem sobie przypomnieć nawet nie te historie, które opowiadali, tylko to, jak je mówili. Bo to nie była gwara, tylko taki powszechnie używany tutaj język. Gwarą za moich czasów mówiło mało osób, raczej starsi. Dzisiaj już ten język wymarł.
Ale jest coś specyficznego w tym języku w Monoloku – zapomniałem o zwrotach, których rzeczywiście kiedyś tutaj używano, na przykład listonosz Andrzejczak mówi o swoim czarnym rowerze ze światełkiem na dynamo „elektryczne na pych” albo ktoś się tam „rychtuje”.
Być może dlatego, że część z tych określeń usłyszałem, siedząc w barze Astoria albo barze Bambo przy Rondzie Wiatraczna.
A to, że ludzie z Saskiej Kępy mają „nosy zadarte jak skocznia na Mokotowie”?
To wymyśliłem. Chociaż tę skocznie dobrze pamiętam, bo mieszkałem na Stegnach, więc jak jeździłem na tor łyżwiarski, to jeszcze górowała nad krajobrazem. Rozebrano ją chyba w latach dziewięćdziesiątych. Zawodów w tamtym miejscu nie pamiętam, ale moja starsza siostra mówiła mi, że jeszcze we wczesnych latach były tam różne wydarzenia sportowe.
Wyobraź to sobie – mistrzostwa Warszawy w skokach narciarskich (śmiech)! Brzmi absurdalnie, ale tak było.
Ale tak jeszcze myślę, że język tworzy zbiorową wyobraźnię i takie pozornie śmieszne porównania – o tych z Saskiej Kępy, co te nosy mają tak zadarte – dobrze opisuje przynależność do grupy, w tym przypadku do Grochowa. Że są „oni” i jesteśmy „my”, którzy tworzymy jakąś zbiorowość – należymy do grochowskiej grupy i mamy swoją tożsamość. W Monoloku właśnie tę tożsamość, której spoiwem jest język, świetnie udało ci się uchwycić.
Przez długi czas to było bardzo silne – dzielnice oczywiście bardzo się różniły, ale chłopak z Grochowa pewnie łatwiej mógł dogadać się z kimś z Woli niż z Saskiej Kępy.
Wola, czyli dzielnica robotnicza.
Dlatego było im bliżej do siebie. Chociaż – żeby oddać sprawiedliwość – Saska Kępa też bywa różna, zwłaszcza odkąd wybudowano te bloki przy Międzynarodowej. Zresztą też tu mieszkam. Kilka osób miało nawet zastrzeżenia co do tego, co tutaj wypisuję, na co im odpowiadam: „Przecież to nie ja, tylko mój narrator” (śmiech).
To – jak już wspomniałeś o tym – ja ci się mieszka na Saskiej Kępie?
Saska Kępa jest różnorodna. Jest tu sporo nowobogackich, są też tacy zadzierający nosa – „siódme pokolenie hrabiąt saskokępskich” – ale mieszkają tu również normalni, wspaniali ludzie. Pewna pani mieszkająca pode mną przez długi czas prowadziła pizzerię Na Winklu – to było miejsce typowo dla lokalsów. Dopiero wtedy zrozumiałem, że Saska Kępa może być bardzo fajna właśnie dzięki tak różnym ludziom. Do tej pizzerii przychodziła znana pani z telewizji i radia, a obok niej siadał pan Mirek, który naprawia zegarki. Dlatego Saska Kępa wcale nie jest taka oczywista.
A jak zatem widzisz te zmiany w Warszawie – które zachodzą i o których rozmawialiśmy – związane z gentryfikacją, zanikającymi kulturą i językiem?
Przede wszystkim trzeba mieść świadomość, że zmiany nie dotyczą jedynie Warszawy, ale całego świata. Natomiast władze stolicy zupełnie nie dbają o takie sprawy, na które zwracają uwagę na przykład władze Barcelony. Bo jeżeli w jakimś miejscu jest kawiarnia od sześćdziesięciu lat, to lepiej dać jej mniejszy czynsz – to buduje tożsamość miejsca. Tutaj nie ma takiego myślenia.
A w dodatku – to charakterystyczne dla Warszawy – w czasie wojny to miasto utraciło ponad siedemdziesiąt procent swojej zabudowy. Nie powinny znikać stąd tak łatwo przedwojenne budynki. Rozumiem, że nie wszystkie są ładne, ale na takie działania może pozwolić sobie na przykład Kraków, bo oni tej zabudowy mają od groma. My natomiast tracimy tożsamość na rzecz inwestycji deweloperskich bez wyrazu i charakteru. Przecież chodzi tylko, żeby jak najwięcej zabudować na jak najmniejszym terenie.
I to mnie nie irytuje, to mnie wkurwia, doprowadza do pasji, chociaż trochę już odpuściłem, bo w pewnym momencie dużo o tym gadałem i pisałem. Ale, jak się okazuje, nic do nie daje.
W szczególności występując jako Pablopavo i Ludziki, w tych pierwszych płytach, sporo poświęcasz uwagi tym tematom.
Mamy kilka utworów. Choćby Oddajcie Kino Moskwa o tym jest. Napisałem też piosenkę o śmierci Jolanty Brzeskiej. Próbowałem różnych rzeczy – pisałem, udzielałem się w sieci.
Często słyszę o swoich książkach, że to melancholia lub nostalgia, ale to jest po prostu smutek. Chce mi płakać, bo nie mam na to wpływu. Być może właśnie dlatego duża część mojej pisaniny sięga w przeszłość, żeby – jak pisał Gałczyński – ocalić od zapomnienia te poszczególne ulice, tych poszczególnych ludzi, te poszczególne dzielnice.
Nie mam nic przeciwko nowoczesności i rozwijaniu się miasta, ale mam nieodparte wrażenie, że Warszawa rozwija się przypadkowo i nie ma na nią planu.

A co robisz z tym wkurwieniem dzisiaj, prawie czternaście lat po premierze Oddajcie Kino Moskwa i dziesięć lat po utworze o Jolancie Brzeskiej?
Dalej zdarza mi się pisać o tym piosenki. Napisałem jeszcze taki utwór Bulaj o Hannie Gronkiewicz-Waltz, która, jak sądzę, była najgorszą prezydentką Warszawy. Oczywiście, wiele osób będzie mówić o tym, że powstawało za jej kadencji metro, miasto prosperowało. Ale ona sama mówiła, że chciałaby centrum Warszawy, które wyglądałoby jak Hongkong. I żadne zabytki jej nie interesują. Za jej rządów działała przecież mafia reprywatyzacyjna. To była dobrze zorganizowana grupa przestępca, działająca ponadpartyjnie – umoczeni byli z w niej ludzie ze wszystkich opcji.
Chciwość jest ponadpartyjna.
Ale w normalnym, demokratycznym państwie powinny być narzędzia, aby to zatrzymać. A co było tutaj? Była pani, która z tym walczyła, to się sama podpaliła w Lesie Kabackim i jeszcze wyrzuciła zapalniczkę tak, że była nie do odnalezienia. Policjanci, którzy tam przyjechali, tak natomiast szukali śladów, że wszystkie „przypadkowo” zadeptali. I tak to działa.
… ale mimo to wciąż tutaj mieszkasz – i napisałeś cztery książki o tym mieście.
(śmiech) I wydałem siedemnaście płyt.
To jednak coś bardziej tutaj cię przyciąga, niż odpycha.
Zastanawiałem się nad tym. Chyba po prostu nie mógłbym żyć inaczej. Mogę pojechać gdzieś na dwa lata – dużo jest miejsc, które kocham, jak Kijów i co drugie włoskie miasto, a w Polsce Toruń lub Kraków. Natomiast nigdy nie mógłbym wyjechać z myślą, że jadę na stałe, bo jestem Warszawiakiem. Nie Warszawianinem, tylko Warszawiakiem.

To kim jest według ciebie Warszawiak?
Warszawiak nie musi urodzić się w Warszawie, nie musi mieć tutaj wielopokoleniowej rodziny – może być słoikiem. Musi mieć natomiast emocjonalny stosunek do tego miasta – że nie jest to tylko miejsce, w którym mieszka i pracuje, ale że to miasto z nim jakoś rezonuje.
I jeszcze taka myśl, która towarzyszy mi o 1945 roku, jak tu było wszystko rozpieprzone i pomysły były, żeby stolicę do Łodzi przenieść. To co robi Warszawiak? Mówi: „Chuj tam, to się odbuduje”.
To jest Warszawiak. O tym właśnie pisał Grzesiuk, jak przeżył Pięć lat kacetu: „Ja to lubiłem piosenki wesołe, bo tutaj było wystarczająco smutno, to jest niepotrzebne. Jak upadłem, trzeba było wstać.” Zresztą nawet mój dziadek i prapradziedek odgruzowywali to miejsce. Po robocie przebierali się i jechali na drugi brzeg Wisły. Nikt im nie kazał. Nikt im za to nie płacił.
Warszawiak ma w sobie jakąś przekorę. I myślę, że „przekora” to jest dobre słowo – jak się świat wali, to mówi: „To się odbuduje, przecież to jest syreni gród”.
Paweł Sołtys (ur. 1978) – muzyk, autor piosenek. Jako Pablopavo wydał kilkanaście płyt, zagrał około tysiąca pięciuset koncertów. Studiował rusycystykę, ale studiów nie ukończył. Jego opowiadania ukazywały się w „Lampie”, „Ricie Baum”, „Studium”, „Notatniku Literackim” i „Twórczości”. Za prozatorski debiut Mikrotyki otrzymał Nagrodę Literacką im. Marka Nowakowskiego, Nagrodę Literacką Gdynia, znalazł się w finale Nagrody Literackiej Nike oraz był nominowany do Paszportu „Polityki”, Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida i Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza. Za drugą książkę Nieradość otrzymał nominację do Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida, a także znalazł się wśród nominowanych do Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima przyznawanej za całokształt twórczości. W 2024 roku ukazała się jego trzecia książka prozatorska Sierpień, za którą otrzymał nominację do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy oraz trafił do finału Nagrody Literackiej Nike.
Fot. Mateusz Rybka





