Wywiad

G.F. Darwin: Tworzymy światy alternatywne

By 28 lipca 2019 No Comments

Bawimy się znaczeniem i zastanawiamy, jak wyglądałaby rzeczywistość, gdyby pewne fakty ułożyły się inaczej.

Jerzy Chodorek: Tłumy porywał kiedyś Elvis Presley, a dzisiaj robią to youtuberzy?

Janek Jurkowski: Odważne porównanie.

Precyzując: Youtuberzy wywierają dzisiaj taki wpływ na swoich fanów, jak robił to Elvis lub Beatlesi?

Janek: Jeżeli chodzi o fascynację i stopień zaangażowania młodego pokolenia – to na pewno. Natomiast gwiazdy tamtego pokolenia miały pewnie więcej talentu.

Ze swoimi talentami trafiacie jednak do ponad 750 tysięcy subskrybentów.

Marek Hucz: To daje nam kopa do działania. To, że nasza widownia pozytywnie odbiera naszą twórczość motywuje nas do dalszej pracy.

Skąd przychodzą do was te postaci, które reinkarnujecie w swoich filmach? Można spotkać u was Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, którzy opowiadają swoje alternatywne historie.

Marek: Duży wpływ wywarła na nas szkoła. Tam poznawaliśmy archetypy tych postaci. Przez całe studia zgłębialiśmy ich teksty i życiorysy.

Janek: Poza tym seria „Wielkie Konflikty” opiera się na tym, że widzowie znają podstawowe fakty na temat życia naszych bohaterów. Chodziło nam o to, żeby bez wprowadzania każdy znał mniej więcej kontekst opowiadanych historii. Jako Grupa Filmowa Darwin tworzymy alternatywne światy i bawimy się znaczeniem. Zastanawiamy się jakby wyglądała rzeczywistość, gdyby inaczej ułożyły się pewne fakty.

Postacie wielkich wieszczy narodowych w szkole były raczej przedstawiane w sposób odległy i patetyczny. Trochę według gombrowiczowskiego „dlatego, że Słowacki wielkim poetą był”. Jakie są zatem wasze wspomnienia ze szkolnej ławki?

Janek: Moje wspomnienie jest takie, że wszystko było fajne, przyjemne, ale nagle się urwało. Przestałem być dobrym uczniem i sobie radzić. Po czwartej klasie nie miałem już na świadectwie czerwonego paska. To jest moje prywatne zwierzenie. A ty miałeś czerwony pasek?

Marek: Przyznaję, że nigdy!

Janek: No ja miałem tylko raz. Chyba w pewnym momencie poziom nauki wyprzedził moje umiejętności umysłowe. I przestałem się do tego przykładać.

Jeżeli nie na czerwony pasek na świadectwie, to na co poszła cała energia?

Janek: (Śmiech) Myślę, że początkowo na zabawę. Nasze pokolenie jeszcze mocno szalało na podwórkach. Potem pojawiły się kółka teatralne, poetyckie, recytatorskie. Zawsze pociągało mnie kreatywne spojrzenie na życie. W tym widziałem drogę do spełnienia.

U ciebie też było podobnie?

Marek: Tak naprawdę odnalazłem się dopiero wśród ludzi w liceum. Wcześniej szukałem swojego miejsca. Byłem też ministrantem. Potem dopiero zaczęły się kółka teatralne. Dlatego dziwnie wspominam ten okres podstawówki, nie mam wrażenia, że to był najlepszy czas w życiu. Ten przyszedł dopiero potem.

Byłeś ministrantem, czy to też wywarło wpływ na Twój światopogląd?

Marek: To był super czas. Temat duchowości przewija się przez całe moje życie. Myślę, że podobnie to wygląda w przypadku każdego człowieka. Rzeczy, które spotykają nas w dzieciństwie, mają wpływ na nasze dorosłe wybory i inspiracje.

Pytam też o to, bo jedną z waszych wizytówek są reinterpretacje przypowieści biblijnych.

Janek: Oczywiście. Szokują nas kontrowersje, które się wokół tego pojawiły. W ogóle nie nastawialiśmy się na skandal. Krytyka dotyczyła w szczególności pierwszych odcinków „Wielkich Konfliktów”. Jednak z biegiem miesięcy i lat nasi widzowie zrozumieli, że nie szukamy sensacji. Chcieliśmy po prostu opowiadać historie za pośrednictwem pewnych postaci.

W pewnym momencie z relacji Rafała i Sławka – czyli naszego darwinowego boga i szatana – wywiązała się przyjaźń, która się rozpadła. To historia o tym, że dwóch przyjaciół próbuje się ze sobą porozumieć. Dla nas o tym jest właśnie ta opowieść. Humor jest efektem ubocznym.

Troszeczkę jednak trąci herezją.

Marek: Nie mieliśmy na celu siania żadnych herezji. To nie był nasz cel. Mam wrażenie, że dzisiaj widownia odbiera to jednak w odpowiedni sposób, bez nadinterpretacji.

A wasza znajomość. Poznaliście się na studiach aktorskich?

Marek: Od razu nam kliknęło. Poza tym byliśmy na studiach w jednej grupie i szybko staliśmy się nierozłączni. Szczęśliwy zbieg okoliczności.

Janek: To zbieg okoliczności zadecydował o naszej znajomości. Wystarczyłaby jedna zmienna i nic by nie powstało. Jeżeli chodzi o artystyczną drogę, to mieliśmy szczęście.

Marek: Wszechświat sprzyjał!

Po studiach jednak, to nie było oczywiste, że YouTube stanie się waszą pracą. Mieliście różne doświadczenia zawodowe. Zarówno teatralne, jak i z innej branży.

Marek: Grałem w teatrach. Potem pracowałem jako reżyser castingu. Dlatego mam wrażenie, że wszystko było w klimacie filmowym. A G.F. Darwin to było na początku hobby. Potem jednak postawiliśmy na jedną kartę i poszło.

Janek, wciąż występujesz na teatralnych deskach. Można cię zobaczyć w „Mistrzu i Małgorzacie”. Jaką postać tam grasz?

Janek: Asasella.

W sumie do przewidzenia.

Janek: (Śmiech) Bardzo fajny spektakl i fantastyczni aktorzy. Trafiłem tam na początku w zastępstwie. Całą robotę robi tam ekipa, która występuje, ja tylko podrzucam im tekst.

Można zatem powiedzieć, że rola, którą grasz w teatrze, dialoguje z waszymi kreacjami z G.F. Darwin?

Janek: To zbieg okoliczności. Tego akurat nie planowałem!

Łączycie z powodzeniem dwa światy. Mam na myśli świat nowych mediów – Youtuba i teatru. Jakie są w tej kwestii opinie świata akademickiego? Pojawia się krytyka, czy raczej słowa uznania?

Janek: Nasi profesorowie wypowiadają się raczej pozytywnie. Nawet kilku pedagogów zagrało w naszych produkcjach. Duży zaszczyt. Czyli raczej pozytywne głosy. Czasem jesteśmy podawani, nie wiem, czy słusznie, jako przykład tego, że można wziąć sprawy w swoje ręce i nie czekać na sprzyjające okoliczności, które mogą nigdy nie nadejść.

Marek: Podpisuję się pod tym rękami i nogami.

Zresztą o uznaniu świadczą nazwiska osób, które zainteresowały się waszą twórczością. Wśród tego grona znajdziemy Tomasza Kota i Marcina Dorocińskiego. To osoby, które znaczą coś w środowisku.

Marek: Mamy ogromne szczęście, że trafiliśmy w ich gusta. Dla nas to olbrzymi komplement i znak, że nasze pomysły mają wartość.

Można zatem powiedzieć, że z hobby G.F. Darwin stał się sposobem na życie. To jest wasze główne źródło dochodu?

Janek: Dzisiaj wokół tego toczą się nasze wszystkie działania. Darwin zajmuje nas w 100 procentach. Utrzymujemy się z tego.

I pomaga wam przy tym system Patronaite. Wasi widzowie wspierają was finansowo przez tę platformę.

Marek: Bez fanów nie bylibyśmy w stanie w ogóle produkować. Naszym największym mecenasem są nasi widzowie. To wspaniali ludzie, a nie wielkie marki i koncerny. Zresztą nie można otrzymać większego komplementu niż wsparcie widowni.

Rozumiem, że macie też feedback od patronów. I, być może słuszne, oczekiwania. To nie zabiera wam niezależności przy pracy nad własnymi tematami?

Janek: Całe szczęście mamy wygodną relację. Dostajemy gigantyczne wsparcie od naszych odbiorców, którzy po prostu chcą nam pomagać. Oni wiedzą, że przede wszystkim potrzebujemy wolności artystycznej. Po prostu ogłaszamy listę odcinków i robimy swoje. Wiadomo, że czasem się podoba, czasem mniej. Najbardziej mnie cieszy jednak to, że jeżeli zrobimy odcinek, który komuś mniej przypadł do gustu, to nie zmienia to jego stosunku do nas. To jest prawdziwe wsparcie. Dzięki temu możemy spełniać marzenia.

Skoro już zacząłeś – spełnianie marzeń wcale nie jest najłatwiejszym zadaniem. Patrząc na życie pragmatycznie: wasza droga zawodowa nie jest oczywista. Czy ktoś w pewnym momencie powiedział do was „nie przestawajcie” i dał wam motywację do działania?

Janek: To właśnie słyszymy ciągle od naszych widzów. Po każdym spotkaniu i panelu dyskusyjnym. Nawet jeżeli nie dajemy żadnych sygnałów o wątpliwościach, to mimo wszystko jesteśmy utwierdzani w naszej decyzji. Ludzie dzielą się tym, że poprawiliśmy im humor albo pomogliśmy w trudnym momencie. I to jest dla nas ważne.

Jednak droga do poszukiwania swojej zajawki, która w przyszłości może stać się pracą jest procesem. U was zadecydował przypadek – spotkanie.

Marek: Tak, to był proces. Spotkaliśmy się i cel okazał się wspólny. Uczyliśmy się ze sobą współpracować. Doskonalimy różne techniki, eksperymentujemy. Proces jest w naszym działaniu nieodłącznym elementem. Dzisiaj jesteśmy tutaj, jutro będziemy w innym miejscu. Trzeba ustalać cele, dążyć do nich i korygować kurs.

Czyli G.F. Darwin ewoluuje. Ważny jest tutaj proces. Ale też spotkanie z drugim człowiekiem.

Marek: W produkcji filmowej spotkanie z człowiekiem jest nieuniknione. Poprzez relację można jedynie dojść tutaj do wspólnego celu. Poza tym wszystkie wielkie rzeczy powstawały, kiedy ludzie się spotykali i wspólnie tworzyli. Tak już mamy jako gatunek. Więcej potrafimy osiągnąć jako społeczność.

Pozostając przy wielkich rzeczach. Wielkie Marzenie Darwina? Tylko bez ograniczeń.

Marek: Marzymy o robieniu kinowych filmów. Chciałbym, żeby z naszej pracy powstała wielka wytwórnia, dom produkcyjny, który będzie produkował content na wysokim poziomie. Jak jedna, sprawna maszyna.

Janek: Podobnie to widzę. Powinniśmy w pewnym momencie dojść do kolejnego etapu – z pełnometrażowymi filmami kinowymi. Moim marzeniem jest opowiadać wciągające, interesujące i zabawne przygody. Inspirują nas filmy takie jak „Indiana Jones”, „Powrót do Przyszłości”, „Gwiezdne Wojny”. Chcielibyśmy, żeby ludzie piali na myśl o naszej nowej produkcji jak na wieść o nowym filmie Marvela.


Grupa Filmowa Darwin – Została założona przez absolwentów Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, Marka Hucza i Jana Jurkowskiego, w 2012 roku. Podbili serca widzów serią Wielkie Konflikty, choć najwierniejsi fani pokochali ich jeszcze za czasów serii o Mistrzu Motylu. Stworzyli także serie takie jak: Wielkie Pytania Polskie, Shorty Darwina, Wielkie Teorie Darwina.

Fot. Bartosz Wileński